O mnie

Moje zdjęcie
www.reneta.fras.wordpress.com Od kiedy pamiętam muzyka byłą moją pasją,namiętnością,modlitwą. Słucham,szukam coraz głębiej,fotografuję,piszę... Szukam ludzi takich ja... Kocham miejsca gdzie tętni rytm.Festiwale,koncerty. Fascynuje mnie łączenie gatunków,idea jednoczenia świata muzyką. Pozwólmy muzyce brzmieć... Tutaj jest mój drugi blog autorski o książce, którą napisałam: www.renatafras.wordpress.com

The Source

The Source


06,11,2015 Pub Kuźnia, Łask

The Source, Skład: Włodzimierz Orlewski - (gitara solowa) Paweł Orlewski - (perkusja i wokal) Marcin Majewski - (gitara rytmiczna) Rafał Niski - (gitara basowa)


Nie znajdziecie ich na You Tube. Nie szukajcie w myspace czy last.fm. The Source to nie początkujący muzycy, bynajmniej. Od dawna cieszą się, że mogą dla nas grać, dają radochę swojej publice,
nie dbając o reklamę i sceniczny image. Chłopaki robią swoje. Trzy gitary i swojską melodyjną chrypką śpiewający perkusista.

Trafiłam na koncert przypadkiem. Pub Kużnia mieści się w starym klubie garnizonowym, w moim rodzinnym miasteczku. Muzycy byli tam wcześniej niż my. Dżwięki kończącej się próby wprowadzały swojski nastrój. Pierwszy numer zaczął popis ciężkich gitar, by płynnie wejść w rockowy, wyrazisty song. Powoli lały się dźwięki, i poczułam mocno, że prawdziwie wróciłam do domu, tu wyrosłam, stąd wyszłam i tego wieczoru wróciłam. The Boys Are Back In Town, przemknął mi przez myśl tytuł starej piosenki, gdy zabrzmiały pierwsze akordy trzeciej piosenki. Może nie uwierzycie, ale więcej energii miał ten utwór The Source niż moje rockowo klasyczne skojarzenia. Dżwięki perkusji i radosne gitary wyrwały nas z butów całkiem dosłownie i już publiczność cała roztańczona skacząca radośnie, krzesała żywy ogień w muzycznej kuźni. Nie liczyło się tu kto jest kim, ile kto ma lat, zbrataliśmy się na ten wieczór, który trwał i trwał. Był rock, i był blues, była melodia rockendrolla,
i były elementy
hard-rockowego grania, była liryka w muzyce i w słowach. Teksty, zwłaszcza te po polsku, sa niezwyczajnie niebanalne, i z głębi serc, szkoda że nagłośnienie było takie sobie, piszczący wzmacniacz często był szóstym instrumentem. Koncert skończył się po północy, po czterech godzinach mocnego grania! Lecz skończył się i teraz zupełnie już nie ma jak posłuchać The Source jeszcze raz.

Czekamy na kolejny koncert i czekamy na pierwszą płytę. Będę wdzięczna za play listę, choćby pierwszych trzech, bo nikt chyba kolejności wszystkich utworów nie pamięta.
I przypominam się raz jeszcze, z prośbą o zdjęcia, bo jak wiadomo, lustrzanka niebujajna i mój aparat sobie spokojnie w domu spał, czego odrobinę jednak żałuję.
Dziękuję raz jeszcze wszystkim za piękny wieczór.

Jednak jest kilka utworów na You Tube:
https://www.youtube.com/watch?v=5a5fN_gAecA


Czym pachnie Kortez?

Czym pachnie Kortez?

„Z Imbirem” wybrzmiało pięknie z kleszczewskiej, ascetycznej sceny Ośrodka Kultury. W cieniu jej prostych kątów, tkwi chłopak z gitarą. Niepasujacy, nieśmiały. Kanciaty. Zmęczony. Który to koncert w ostatnich miesiącach? Jak często można powtarzać bardzo osobisty tekst, by nie stał się piosenką?
Jak w życiu, tak i na scenie. Najtrudniej sobą być. Kortez pachnie sobą. Pachnie domem i rodziną. Jest tu i teraz, nie stara się być bardziej, lepiej, więcej. Jest. Osobista liryka jego tekstów, wyszeptana tak po prostu, nam, publiczności, prosto w twarz, sprawia że stajemy się, jak Kortez, lirycznie speszeni, poruszeni i niedoskonali. Absolutna autentyczność Korteza jest jego siłą, i jego zagładą.
Z każdą sceną, i przed każdą kolejną publicznością, Kortez topi się. Zacierają się rysy pieśni. Ten Kortez odchodzi, zostawiając swoje płyty, jak artystyczne kałuże łez, co już zostały wyśpiewane i oddane nam.
Wierzę, że Kortez powróci, jak bumerang, napędzony siłą kosmicznej odnowy, i będzie nam się nowy Kortez w napełnione rzędy śmiał, bo przecież ten świat, to jeden wielki jest żart …

Seckou Keita

Seckou Keita

Ethno Port 2015


Są takie dźwięki, które niosą wspomnienia miejsc nieznanych, wydzierają z dusz naszych niespełnienia, kojąc je tysiącem dźwięków ze stu strun wybrzmiałych. Anielskie to harfy,
i zaiste, aniełów je pieściły ręce. Catrin Finch i Seckou Keita. 47 strun walijskiej, pięknej harfy i smukła, zachodnioafrykańska kora. Ulotny dialog dwóch światów
i dwóch płci, oraz uczta dla setek uszu zgromadzonych na koncercie otwarcia festiwalu Ethno Port 2015.
Harfa jeszcze raz zagościła na scenie Sali Wielkiej. Na kobiecej harfie ardine zagrqała mauretańska wokalistka afrykańskiego nurtu pop
Noura Mint Seymali. Przemknął przez publiczność pustynny samum, niesiony dźwiękiem elektrycznej gitary Jeichy Ould Chighaly.

Wspierając, zmieciony wojną, festiwal na malijskiej Saharze,
w orszak etnoportowych artystów, zaproszono na sceny zamku jeszcze dwie afrykańskie formacje. Poderwały publikę bębny i młoteczki Bessekou Kouyate, malijskiego mistrza Ngoni. Głosy afrykańskich kobiet tchną siłą i przekonaniem, żona Bessekou, Ami Sacko, dała świadectwo żeńskiej mocy
i dałabym wiele, by zrozumieć część tekstów piosenek jej pieśni.

Wszystkie zespoły, afrykańsko -korzenne, przejawiają radość tworzenia i radość istnienia ludzką.
— Are you happy? — krzyczał w nocy Asnake Guebreyesem, Etiopczyk z pochodzenia, występujący
z szalonymi Francuzami, w zespole uKanDanZ. Wielka scena uginała się pod ciężarem ich pasji
i wściekłej energii. Nie ostudziła zespołu awaria perkusji,
a perkusista popełnił nieludzki wysiłek, podobnie jak wokalista, bo choć on niewielkiego wzrostu, to wyrzucał
z trzewi słowa i zionął nimi, jak nasz ziomal z Wawelu. Do tego dokładając gitary i saksofon, hałas był nieziemski, i nie dałyby mu rady nawet panie z chrześcijańskiej procesji, które wypłoszyły subtelną Lautari z jej własnego koncertu. uKanDanZ to formacja absolutnie niepowtarzalna, hipnotyzująca i porażająca szczerością i zapałem. Podobnie jak w The Birthday Party, z haosu i ciężaru dźwięku, wyłania się sens i zarys melodii. Były bisy, Asnake, niczym mistrz ceremonii woodoo, zstąpił do publiczności, z mikrofonem szczęśliwie, miast kury. Zostałam fanką zespołu, i mam nadzieję, zawita
uKanDanZ jeszcze do nas.

W piątkową noc, najdłuższą noc festiwalu, polskie dźwięki zainicjowała Masala Sound System, prezentując nowy materiał. Duże Pe, niczym muzyczny wojownik, z właściwą sobie charyzmą, nawoływał do politycznej rewolucji. Duży Pe głosił wielki plan do ostatniego członka publiczności, do 4,30 rano.


Pieśni ludu kontynuowała
Kapela Maliszów, która okazała się umuzycznioną rodziną, chwalącą tradycje muzyczne polskiej wsi. Grupa tancerzy, pod sceną, ruszyła raźno i z przytupem, w rytm mazurków niemożliwych i hołupców radosnych. Była ballada do chmielu i rozmowa z wilkiem. Na koniec zakrzyknęli:
— Chodzonego! — i para za parą szła, tancerze i publiczność. Bo chodzony jak polonez jest, tylko zwyczajny ludowy, bez zadęcia.

Na festiwalu prezentowali też Polacy innych kultur dźwięki. Reprezentowali ten mezalians Caci Vorba, po bałkańsku, i Sefardix Trio po arabsku.
Sutari, niby Polki po polsku, ale trochę z Karpat, a trochę, jak Żywiołak, z międzynarodowego czarownic kotła ich muzyka wyrosła.

Szanując czas moich, jakże nielicznych, czytelników, napomknę tylko zdania dwa o braciszkach naszych irlandzkich. MÁIRTÍN O’CONNOR BAND. Lirycznie i skocznie, i tak po europejsku, w czwarty dzień kulturowej melasy, akustyczną gitarą i miłością do „ Bolka i Lolka”, zagarnęli nasze serca
i odnóża. Wiedzą co dobre Irlandczycy. Nie chcieliśmy dać im ze sceny zejść, bisów naliczyłam cztery, grali na wesoło, i grali na poważnie, Hendel w oprawie skocznoceltyckiej brzmiał niesamowicie.

Pocieszył nas ostatni koncert na trawie, i były tańce i swawole, w rytm kolumbijskich bębnów panów w kapeluszach. El VivaCumbia All Stars! El viva Columbia! El Viva Polonia! El Viva Zamek Poznań!

Catrin Finch

Catrin Finch

uKanDnanZ

uKanDnanZ

Asnake Guebreyesem

Asnake Guebreyesem

Noura Mint Seymali

Noura Mint Seymali

Bassekou Kouyate

Bassekou Kouyate

ktoś zna ich imiona?

ktoś zna ich imiona?

MÁIRTÍN O’CONNOR BAND

MÁIRTÍN O’CONNOR BAND

Dikanda, Gorzelnia 505

Dikanda, Gorzelnia 505

Dikanda

Gorzelnia 505 w Połajewie.

Od w dwóch lat prowadzę moje autko z muzyką Dikandy. Zawdzięczam jej wiele radości oraz naiwnej wiary we własne umuzykalnienie. Pokrzykuję i śpiewam podążając szosami. Płyta za płytą, trwało moje uczucie do Dikandy. Ileż to dróg i ileż kilometrów bezustannej radości trwania dźwiękiem.
Ile powtórzeń, okrzyków i westchnień. Tylko zatańczyć w autku trudno …

A zatańczyć mi przyszło, z Dikandą, nieoczekiwanie, w nieoczekiwanej scenerii. Folk trafił gdzie jego miejsce, w serce wsi połajewskiej, do starej gorzelni, zaadaptowanej dla restauracji przez duże r,
z fortepianem gości oczekującym. Nie było tego wieczoru z niego pożytku. Struny zabrzmiały w wykonaniu wiolonczeli i gitar. Prym wiodła trąbka, akordeon i charakterystyczne dla Dikandy bębny.
Również nieoczekiwanie błędnym się okazało moje wyobrażenie o wyrywającym z butów charakterze Dikandy. Witalność i energia muzyków jest równie ogromna co liryzm w słowie i dźwięku.
Popłynęły utwory słowiańskie i wschodnie. Były Bałkany niczym z filmów Kustoricy. Turecki baraban
i obrzędowe zaśpiewy Kasi, które autentycznością biją na łeb rytualne fragmenty z muzyki Dead Can Dance. Djamba Daniela z Dikandy pozbawiała oddechu. Gitara elektryczna zabrzmiewała zupełnie jak wschodni saz. Romańskie ballady i rytmy wstrząsały do trzewi i kazały wężem się giąć. Witalność Anny i prostolinijna potrzeba oddania się muzyce i nam, widzom, czyni Annę postacią artystycznie szczerą i niespotykanie swojską, ze swoiskim instrumentem przy piersi, dobrym, węgro-polskim akordeonem. Gdy wyszli na bis, popłynęły polskie, genialne przyśpiewki i końcowy duet, piękna pieśń w akompaniamencie jeszcze piękniejszej trąbki.

Towarzyszy mi jeszcze dziś uczucie niedosytu, choć koncert blisko dwie godziny trwał. Odkryłam też rehabilitacji sprawczą moc tańca. Owacjom nie byłoby końca, ale muzyk, zwykła rzecz, ma również zwykle, ludzkie życie. Więc pozwoliliśmy odejść Dikandzie, ale moje autko samo Dikandę wciąż gra,
a ja już tęsknię do następnego spotkania.

Dikanda

Dikanda

OverSire, OOK, Prawie Koniec Lata

Na początku była idea. Nie, na początku zawsze jest dźwięk. Demoniczny wizerunek, groteskowe twarze, średniowieczny design.
Rozpoczęło „ Intro”, zabrzmiał żałobnie chopinowski marsz. Gitary nabrały mocy i z gardeł runął śpiew. Operowe klawisze. Metalowe partie dwóch gitar, melodyjny bas.„Psychodela” i „Avatar” to trashowe tempo zmieniające się w liryczny, ciężki riversidowsko-progresywny czar. „Życie jak gra”, też nie zabrzmiało po polsku. Mała salka Domu Kultury zamieniła się w scenę czterech aktorów.

Nie ma nudy, tempa zmieniają się agresywnie i pięknie, zasiali dźwięk, zebrali teatr. I brawa.
Harmonia w brawurze, koguci zew, pewność dźwięków, szał tworzenia. Jest i song o niedobrym księżulku. Melodia chwytliwa, temat na czasie, po angielsku. Małe problemy
z dykcją u obu wokalistów i zasłanianie ust, wybaczyłam, po genialnie sparodiowanym, w metalowej okrasie, utworze Modern Talking. Roztańczyła się skąpa publiczność i była to jedyna okazja na świecie, by zapogować do Cherry Lady.
Chłopcy skromnie zabisowali raz, i ustąpili ze sceny. We mnie pozostał niedosyt, i z nadzieją wyglądać będę następnej psychodelicznej operetki.

Zagrał dla nas OverSire w składzie:
Keybord wokal – Aras
Gitara wokal – Kwolo
Basy – Onomato
Bębny - Wilku

BEZ

BEZ

Blues Express 20214

12tego lipca, o godzinie 14tej, jako jedyny pasażer, wsiadłam do Blues Express w Obornikach Wlkp.
Gdy tylko zobaczyłam kłęby czarnego dymu i wyłaniającą się z nich lokomotywę, poczułam przypływ letniej euforii. Witało mnie wiele machających rąk i roześmianych twarzy. W pociągu było dużo wolnych miejsc. Na pierwszej stacji, w Rogoźnie, zlustrowałam cały skład ciuchci. Ku mojemu zdziwieniu, nie znalazłam Warsu, ani wagonu muzycznego. Nie było gdzie tańczyć, a nasze okrzyki zagrzewające zespół Cheap Tabaco do wielkiego grania, były głośniejsze od dźwięku instrumentów
i głosu liderki. Cieszyłam się już od miesiąca, że usłyszę znów Cheap Tabaco. Niestety nie usłyszałam.
W zasadzie było tak, jakby ich tam wcale nie było. Zostało mi cieszyć się jazdą ciuchcią, którą poprzednio jechałam w 2009tym roku. Wtedy, wagonem muzycznym był wagon bagażowy, opróżniony ze wszystkiego, było w nim prawdziwe nagłośnienie i tańce trwały w nim aż do samego Zakrzewa. Poza tym, był tzw Wars, gdzie można było zjeść i piwo wypić i poimprowizować na żywo,
z doskonałym muzykiem, i improwizującym poetą, Romanem Puchowskim.

Tym cieplej dziękuję muzycznym Pabianicom. Ponieważ pochodzę z pobliskiego Pabianicom Łasku, często bywałam na koncertach Blue Haze. Teraz zagrali w Chodzieży równie żywiołowo co kilkadziesiąt lat temu, a w Rogoźnie również powitali nas bluesem i arbuzowym winem, muzycy
z Pabianic. Schrypnięty wokalista z Comin` To Town zachęcał do zabawy i grali nam jeszcze wg Hendrixa, gdy pociąg ruszał.
Nie wiem, co mogę napisać niezwykłego o koncercie Kasy Chorych w Pile. Dali, jak zawsze, doskonały koncert, wartki blues w perfekcyjnym wykonaniu, co pieśń to opowieść, cudowna, kielakowa harmonijka i klimat, jaki tylko ta muzyka może stworzyć. Niechętnie wracałam do pociągu, ale ciuchcia już odjeżdżała do następnego przystanku. Następna była malownicza Krajenka. Chłopcy z Niebieskiej Sowy grali nam wesoło, słonko świeciło, piękny piknik, kto chciał, wrócił jednak do pociągu. Wynagrodziła nam to w Złotowie Prima Wera. Powiem szczerze, że dla mnie była to absolutna świeża bomba, i czekam na maila od zespołu, z podanym repertuarem, by więcej o nich, osobno powiedzieć. Bawiłam się świetnie w pięknym Złotowie, aura wciąż sprzyjała graniu. Krajobrazy, aż do samego Zakrzewa, są absolutnie po polsku, przepiękne. Pewnie tak widział Stachura Zagubinowo.
Poetycko nastawiona wysiadałam ze wszystkimi w Zakrzewie. Nic tam się nie zmieniło od pięciu lat. Są sklepy i stacja paliw i festiwal co roku. Jezioro i stragany. Duża scena, naturą wyżłobiony amfiteatr. Z muzycznych refleksji z tego festiwalu wyniosłam umiłowanie do polskiego bluesa. Niemiecki Blues Shacks grał solidnie, Carvin Jones niedbale, ale prawdziwe z serca granie popłynęło
od polskich grup. Boogi Boys, Nocna Zmiana Bluesa i Harmonijkowy Atak to najpiękniejszy blues na świecie. Księżyc wychynął cały, by go słuchać, świerszcze skakały w rytm bluesa, publiczność tańczyła spontanicznie i żywiołowo. Spadł ze mnie ciężar lat i bagaż doświadczeń. Znów miałam 18ście lat i bawiłam się jak kiedyś, na festiwalu w Brodnicy. Dziękuję myzykom za piękne, żywiołowe granie. Dziękuję ludziom, których spotkałam za opiekę i towarzystwo, za zrzutę w powrotnej drodze na mój zagubiony bilet. Dziękuję młodej koleżance Ewelinie z Zakrzewa, za przechowanie mojego zgubionego na festiwalu telefonu. I choć zaraz, na dworcu
w Obornikach, złamałam nogę, i był to mój ostatni tego lata festiwal, obiecuję być z Wami za rok i już na następny Blues Express się cieszę.
Wybaczcie , ze fotorelacja niekompletna, najczęściej miłość do muzyki wygrywa z pasję fotografowania.
Do zobaczenia na Blues Express 2015.

Comin` To Town

Comin` To Town

Na zdrowie.

Na zdrowie.

Blue Haze

Blue Haze

Kasa Chorych

Kasa Chorych

Prima Wera

Prima Wera

Boogie Boys

Boogie Boys

Nocna Zmiana Bluesa

Nocna Zmiana Bluesa

Gazpacho

Gazpacho

Gazpacho, Wielki Narrator.


Jest ciemno. Pędzę w noc. Po obu stronach szosy majaczą
potężne plamy lasów. Wyjeżdżam w bezmiar
pól. Czuję zapach otwartej przestrzeni. Otaczają mnie gwiazdy. Zachłystuję się
ogromem nieba. Prostuję się z nad kierownicy roweru, i łykam wiatr przestrzeni.
Jeszcze ostatnie wzniesienie i szalony zjazd w dół. Czerń asfaltu ucieka spod
kół. Światła mijających aut nagle się kończą. Maleńki ognik rowerowej latarki
tylko zaznacza obecność. Pędzę w ciemność. Porzucam lęk
i lecę, lecę, tracę
ciało i ciężar życia. Unosi mnie podniecenie
i
ta cudowna muzyka: tick-tock, tick-tock…
To nagłe wspomnienie uderza we mnie z mocą liryki głosu Ohme. „Oceanside ends the ride then you fall, the
skies fly by, you close your eyes…” szeptał
Ohme w mikrofon w Sali Koncertwoej Radia Wrocław, a ja,
w szóstym rzędzie,
płakałam.
Gazpacho tworzy dla nas nowe światy i prowadzi nas przez nie. Opowiada,
szepcze, i każe podziwiać świat pustyń, morskich latarni, opowiada o ludzkich
tęsknotach i marzeniach. W poszukiwaniu chwil magicznych, wędrujemy drogą
nieznanych palnet, szukamy niedoścignionego, w podaniach o bożkach, diabłach
i
demonach. Wielka Narracja i Wielcy Narratorzy. Gazpacho obnaża przed
publicznością swój liryczny pierwiastek. Fantastyczna akustyka Sali Koncertowej
Radia Wrocław potęguje efekt oddzielenia
od rzeczywistości. Każdy instrument gra swoją pieśń, a głos Ohma scala całość
w poruszającą pieśń.
Klaskaliśmy i tańczyliśmy w rytm szamańskiej pieśni. Śpiewaliśmy z Ohme, przy akompaniamencie
skrzypiec wydobywających melodie z cygańskich obozowisk. Kołysaliśmy się, gdy
głos z przedwojennej płyty zastąpił Jana Henryka Ohme. Uczłowieczyliśmy demona
i zakleliśmy na wieki.
Trzy razy zespół żegnał się i trzy razy do nas wracał. Scena, ze stylistyką
demonowej płyty, przyjmowała Gazpacho chętnie, a my,
z przytupem, odtańczyliśmy
ostatni ą piosnkę „Mary Celeste”.
Czekamy kolejnej baśni.

Ethno Port 2013


Opuścili ludkowie poznańscy zamku cesarskiego gościnę. Cesarskie pany i raz by jeszcze pomarli

a i w trumnach się zawiercili na ten widok piękny, gdy lud wszelki podzamczaną trawę ugniata

a i na dziedzińcu chłopy i dziewki hulają i gości wszelkich pospraszali.



Tamikrest

Pustynnego rodu potomkowie, rozległego i walecznego ludu Tuaregów, podali nam nutę walki, miłości i wspólnoty. Przeszywające do walki zawołanie, butna krew pustyni i braterstwa.

Transowa djemba i śmiertelni głęboki głos bębna, którego nazwy nawet nie zgaduję. Trzy gitary i jeden powracający intuicyjny motyw. Ustrojeni w turbany, hidżaby i hennowe tatuaże wiedli nas tropem tęsknot upalnych w krainę zapomnienia i jednym już byliśmy transowym organizmem. Piękni i dumn,i trzy razy bisowali wywoływani z zza kulis ich własnym zawołaniem.

Wolności i ziemi dla Tuaregów wołajmy.



Podążyliśmy tropem głośników dudniących po d zamkiem. Kobieta – robot, tekstem niestandardowym, zapowiedź występu skandowała. I wybiegli na scenę w żółtoczarnych śmiesznych wdziankach. Ośmiu chłopa a co jeden to muzykalny bardziej i bardziej energiczny.

Wulkan energii bez początku i bez końca. Ze sceny popłynęły nuty bośniackie i klezmerskie

a wszystko skąpane w rockowej alterantywie i pod sceną zawrzało bose pogo w świeżej trawie, którą całe podzamcze wyłożone było. Grali długo aż ostrość muzyczną zatracić by można.

Ze sceny schodzili przy dźwiękach szurniętego walczyka rodem z wesołego miasteczka.

Nim zabisowali to zdjęcia pamiątkowe zrobili na scenie. Wnieśli nam radość i humor i duuużo pozytywnej energii.

Dubioza Kolektiv.



Nie napiszę co z resztą wieczoru bo moje skażone muzyką zachodu ucho nie każdą rzecz pojmuje

i nie każda muzyka do niego płynnie trafia..



Za to dnia następnego, w sobotę, po albańskim chórze, poczuliśmy w nogach polskiej muzyki korzenie.

Bo najpierw była pańszczyzna, potem ludem inspirowany Chopin. I teraz tutaj, wskrzeszony z kart, na scenie stanął nam Janko Muzykant. Wyrośnięty a i też mądry bardziej bo nie ino skrzypki

ale i harmoszka i autentyczne tamto polskie, ludowe śpiewanie. Dylu,dylu smyczkiem po skrzypkach, dylu, dylu po basie. Hopki, przytupki i ludków radosne pod sceną tańcowanie. Wróciły się wieki i już nie pogo a skoczne tańcowanie i żywe hulanie w rytm mazurków i polek. Wiersz Asnyka polonezem odegrralim i odtańczylim, była ballada z Kujaw i Branka i Powiślak na koniec.

Była i radość prosta i wzruszenie prostą historią naszą.

Viva Polonia. Viva Janusz Prusinowski Trio.



I już z przytupem wszyscy bieglim, po schodach, na łeb na szyję i prościutko pod duża scenę gdzie już zagrywała Kapela Ze Wsi Warszawa. Ach, dużo by rzec. A ja prosto powiem: Wielki. Sojusz

Kultur. Muzyczne Narodów Jednoczenie. Polskie ludowe melodie. Ta sama niby Branka i Chmiel i Kujawiak z Polski. Pasja skrzypiec i cymbałów przodowanie, wirtuozeria od folku po jazzowe akcenty podana. Skandynawskie akcenty i galicyjska niezapomniana Mercedeos Peon . Charyzmatyczna i piękna. Bosa w białej długiej szacie. I ten głos demoniczny i silny jak dzwonów sto. Gdybym taki miała głos byłabym narcystycznym śpiewakiem od świtu po noc. Na zamkowej wieży hipnotycznie się kręciło logo festiwalu. Demoniczne piszczałki i hipnotyzujący rytm. Diabelsko piękne dźwięki sięgające historii naszej ziemi-matki.

I postać Mercedes niewielka a tak charyzmatyczna, że wzruszenie samo napływało do stóp i serc

i głów. Zjednoczone dźwięki i zjednoczone dwóch języków na jeden scenie brzmienie. By wyrazić co czułam tego wieczoru, pod wielkim zamkiem, w ten wielki wieczór, powiem słowami Mercedes: słowa nie wystarczą by wyrazić emocje. Niech żyje Galicja! Kapela Ze Wsi Warszawa niech żyje nam!



I w zasadzie tu zakończył się dla mnie drugi festiwalu dzień. Uważam za doskonały pomysł plan umieszczenia występu indyjskiej gwiazdy Pandit Hariprasad Chaurasia. Po wielkich emocjach wyciszenia przy harmonijnej muzyce indyjskich instrumentów. We mnie wciąż jednak wrzało a tłum i głuchy tłumu szum nie pomagał w relaksacji...i cichutko wyszłam.



Niedzielną gwiazdą zdecydowanie był Felix Lajko i jego węgierski band. Bez wyraźnej zapowiedzi runęła moc dźwięku. Jedyny prąd w trakcie tego koncertu to mikrofony. Nikt nie śpiewał. Ale grali, Węgrzy, z mocą rozpalającą nocne powietrze. Wszystkie instrumenty to struny. Skrzypce, cytra, altówka,cymbały i kontrabas. Bez gitary, bez perkusji. Zapach się rozniósł, zapach romskiej wolności, prawdziwe cygańskie skrzypce, których poprzednikom Lajko, stricte romskiej formacji, zbrakło. Wariacje jazzowe i w każdej nucie każdego instrumentu czysta wirtuozeria. Łączy Lajko znakomicie węgierski folk z muzyką klasyczną. Pękały struny, ręce zdarte od oklasków. Takie gorące granie doceniło ciemne niebo i ryknęło szlochem wielkim. Węgrzy bisowali dalej. Do ostatniej nuteczki spijałam każdy dźwięk i już żadnej z tych nutek nigdy nie zapomnę. Jeśli Węgrzy tak kochają jak grają...niedaleko do Budapesztu...



Nie mogę tu nie wspomnieć o wybitnie przyjaznej formacji Yat-Kha z rosyjskiej federacji Tuwy. Gardłowy głos, który był pewnie praprzodkiem growlingu i niesamowity, dwustrunowy instrument igil. Otwarte stepy słyszałam i miłosną pieśń lirycznego igila i równie wzruszające mongolskie pieśni. Aby podkreślić te cudowne pierwiastki, wszystko podano nam w rockowym gęstym sosie z akcentem rosyjskiej klasyki jak np. odegrany gitarą Taniec z szablami. Niesamowicie przyjazna Yat-kha bisowała długo i po rosyjsku dyskusję z publicznością prowadziła. Po rosyjsku również się pożegnała.



Nie dane mi było pozostać na ostatnim występie festiwalu. W strugach deszczu do domu jechałam , w głowie zapisując lwią część tej relacji. Ethno Port to wielkie święto i mam nadzieję,ze zostanie wpisane jako stały punkt do muzycznego poznańskiego kalendarza.



Tamikrest

Tamikrest

Tamikrest

Tamikrest

Dubioza Kolektiv

Dubioza Kolektiv

Janusz Prusinowski Trio

Janusz Prusinowski Trio

Janusz Prinowski Trio

Janusz Prinowski Trio

Kapela Ze Wsi Warszawa

Kapela Ze Wsi Warszawa

Mercedes Peon

Mercedes Peon

Yat-Kha

Yat-Kha

Yat-Kha

Yat-Kha

Armanda 25.11.2012 Blue Note


„Koneweczko, powiedz przecie
Kto jest najradośniejszym dziadem na świecie”

Z takiej zaczarowanej koneweczki popijał czarodziejski płyn Paprodziad na bluenotowej scenie.
Ponad godzinę trzeba nam było czekać i bar klubowy zasilać nim weszli i zagrali. Zagrali nowy materiał w nowej odsłonie. Nie pokażę tu armandowych kreacji bo lustrzanka niezręczna, niekołysna i niebujajna. A zaiste, cóż to za uczucie co to jest za stan gdy wymiata bombowy Łąki Łan. On gorący jest jak jądro i lekki jak obłok i poniósł nas empatią i scalił nas w jedno.
Chłonęliśmy moc z gleb łąk i chłonęliśmy ją od się wzajem. Stała się rzecz jak miała się stać w rozkołysie i podskoku, spłynęła radość potem z nas i sceny skromnej było mało.
Płynęło z gardeł wszech przesłanie za przesłaniem, nieskończony bajkowy lot w ślad za Paprodziadem. Bawiły nas balony fruwając z paluszka do paluszka i poszybował też kwiat acz szkoda, że z doniczką. Ciuś ciuś tak żywe psuć, łanowi nie przystoi.
W końcu już nie miał kto bakcyla w nogach trzymać i z koneweczka pustą ze sceny zszedł Kołyśny Nieskończony Łan. Jeden łan jest dla mnie i jeden łan dla Ciebie i choć nam z oczu zlazł to w sercach pozostanie.

Łąki Łan czyli Bzychodeliczny Trans


Poznańskie Juwenalia,2012.


Pierwszy raz nie wiem jak o muzyce rzec. Widmowy Klucz mógłbyś dać?

Bo Łąki Łan to przedziwny twór z galaktyki niebieskich jest ciał. Sześć ciał dokładnie a zwią się stuprocentowo tak:


Paprodziad - brodaty morrisonowski pan

Megamotyl – zamałeojzamałskrzydełkamasz

Poń kolny – czułkowy kolny poń

Bonk – wszystkowolnowhendrixowskimfraczkubączku

Zajac Cokictocloc – ogonek wzruszjącyojtak

Jeżuś Maria – kosmicznyżeśjeż


Pięknie się nazywają i równie pięknie wyglądają.

Kolorowy Zawrót Głowy! Motylki fruuuuuuuuwają, zielone łączki się rozwijają a dzieci klaszczą w ręce. Sztuczna antydekadencja.

Bajka i zaplanowany interimprospektakl. A priorytet jest. Bawic, bawić i bawić i radość siać i tańczyć i grać i się bardzo bardzo śmiać. Po prostu Łąki Łan. Skąd wzięła się w krainie śmierci ta żywa zjawa istny cud? Mówią, że ich zaczarował podstępny mag. Selawi. I stało się i jest i niech będą wszystkim magom thanks.. Ale zawsze i wszędzie i w najdalszej galaktyce zawsze najważniejsza jest

Muzyka.

Music, Muse,dur i forte i do niej widmowy jest klucz, Muza,muza Niepokalana.

M jak muza, m jak magia, muza,pastisz ,sklejone,wyplecione,wiklinowe wejście w muzycznego pastiszu świat. Jak pamiętam to tylko jeden mag tak bawił się muzyka i używał jej by się śmiać i po prostu wzruszająco grać a wielki mag ten, niechmutamjeszczelepiejbedzie, się zwał Frank. I grał Zappa tak długo,ze nam w końcu zmarł. Ale nie smućmy się bo teraz jest przecież Łąki Łan.

Łąki,łąki,funcky,skanki. Blueski i znów funckysoul skii i transowedubski.

Jimuś Hendrix, Fripp, Gray, Massivopowtarzalność w galeonowym tle i kołyszący sen o miłości.

Bonkowe euforie, santanowskie gitarki, jeżusiowe transodźwięki, jest w tym jedna myśl, publiczność wprowadzić w beztroskinirwanowskitan, pląsoskok, inna przestrzeń, nowy juniwers, zbiorowa halucynacja, dwugodzinnymusichay. I to jest to Cociłąkiłandał.

Babilonu mowa własna, nieomylna,powtarzalna.

Niech nam żyją Łąki Łan, Ty co nie lubisz traw pif,pif paf,pif,pif,pawwwwwwwwwwww




Mississippi Warta Blues 2012

Przede wszystkim chcę pozdrowić wszystkich, których poznałam i wszystkich, którym ręki podać nie zdążyłam. I o wybaczenie proszę, że relacja niedokładna, że nie o wszystkich co grali tu pisze a jeśli nie piszę to nie temu,że nie warci mego pisania tylko zwyczajnie zostali przeze mnie przegapieni a i relacja po miesiącu spisywana bardzo świeża być nie może.

I gdy tak dziś w sierpniowy dzień piszę i wspominam ,wiem na pewno, ze bardzo jestem rada z mojej w rejsie tym obecności i już na kolejny się cieszę.


ż, że ja również poniedziałków nigdy nie lubiłam ale na ten czekałam niecierpliwie bo to był właśnie 16 lipca 2012, pierwszy dzień wieczornych koncertów w cyklu rejsu Mississippi Warta Blues. Przyznam,że nie odrobiłam lekcji i nie nauczyłam się rozkładówki na pamięć i z tego powodu nie usłyszałam koncertu Kasy Chorych, legendy polskiego bluesa, zakładając, ze jako największa gwiazda ostatnia będzie grać. Tym bardziej chylę czoła przed skromnością zespołu, bo zaprawdę powiadam Wam, tylko Ci co w swe wartości nie wątpią i grać kochają, grają , nieważne czy pierwsi czy ostatni i choćby do garstki wiernej i zakochanej publiczności. Muzyków z Kasy Chorych słyszałam potem wielokrotnie gdy z maluśkimi grali a Michał Kielak do końca imprezy nieustannie harmonijką swą brylował a ja czułam słuchając, że wcale nie grzechem ni zarozumiałością było świętego Skibę mu zastępować. Dygresje me wybaczcie, zacz jesteście pierwsi, z którymi podzielić się mogę emocjami bluesowego grania.

W Poznaniu grał jeszcze młody Blues Duo i stary, jak historia Dżemu, Cree w obstawie znakomitej. Ale prawdziwą gwiazdą wieczoru był duet z północnego stanu Mississippi. The Cedric Burnside Project. Bardzo żywiołowy luizjański blues, gorący tygiel amerykańskiego grania, dużo soulu, funcki i rocka. Pierwszą postacią w zespole jest Cedric Burnside, perkusista i wokalista, laureat wielu zasłużonych nagród, wnuczek znanego bluesmana Big Daddy czyli R.L. Burnsida. Cedric na bębnach grał od dzieciaka a gdy osiągnął wiek dojrzały lat13stu grał już z dziadkiem na scenie. W poznańskim koncercie grał z kumplem z podwórka Trentonem Ayersem ubranym głównie w przepiękny słomkowy kapeluszu południa a resztą ubrań korzenie bluesa sugerując. Większość tekstów jednak dla zespołu napisał brat Cedrika, mistrz freestylu, który w Poznaniu się nie pojawił.

Pamiętam ten koncert jak mgnienie oka, Pierwsze parę minut zaskoczona obserwowałam , że tak można doskonale i śpiewać i w bębny walić jednocześnie. Potem dotarła do mnie świetna gitara co wraz z perkusją perfekcyjnie nadrabiała braki basu a głos Cedrica był jak balsam dla ich fantazji grania, liryczny gdy trzeba, mocny i stanowczy i dam dużo wódki za to, że nigdy ten głos nie był szkolony i w tej prostocie właśnie jest tak piekielnie piękny.


Wtorek w Obornikach to bez wątpienia występ Big Fat Mama. I niech mi muzycy wybaczą ,bom krzyczała w radosnym amoku pod sceną,że są w zabawie muzyką prawie jak Łaki Łan. Nikt nie lubi porównań i lepszych przed sobą i nie mówię tu kto lepszy bo każda z tych formacji gra inaczej i na inne elementy stawia. Kto nie słyszał Łąki Łan może sobie niżej w mym blogu o nich poczytać.

Big Fat Mama to tak fantastyczne utwory jak Kult Okulara czy Baw mnie. Zupełnie biały odcień bluesa można by tytuł koncertu dać. Świetny głos kobiecy funckujący znakomicie, dużo soulu i zabawy na scenie i pod sceną także. Bajeczne stroje i świetne poczucie humoru. Tańce, śpiew i Radość Wielka. Można rzec,że ten koncert to prawdziwy Kolorowy Sen Nad Wartą.

Bo o porankach tu lepiej nie mówmy.


Następny wieczór po raczej mokrej żegludze to Wronki. Przyznam,ze ekipa p. burmistrza postarała się i zorganizowała wszystko jak mogła najlepiej. I tam właśnie,w miłych Wronkach, usłyszałam perełkę, muzykę pod którą mogę się podpisać, która jest taka jakbym ją sama sobie wymarzyła. Ale przed nimi grali jeszcze Midnight Blues i 20 mil od miasta oraz Kulisz Trio. Słuchałam, klaskałam i tak sobie siedziałam. A potem wyszedł na scenę JJ Band, którego nigdy wcześniej nie słyszałam i zwątpiłam nagle w swojego bluesa poznanie i wstałam. I jeszcze dziś, patrząc na stronkę chłopaków, widzę jak wiele jeszcze nie wiem i cieszę się bo odkryję przecież coś czego się przed ich koncertem odkryć nie spodziewałam. Nie ma słabej strony w J J Band. Genialny bas i bębny. Perfekcyjna w wyrazie gitara Jacka i jego wokal taki po prostu, bez specjalnego wysiłku, oszczędny w wyrazie. Nagle breckautowskie utwory odmłodniały, ze sceny popłynął wartki blues w rockowej oprawie, czerpiący z wielu gatunków i inspiracji, których jeszcze do końca nie znam. I byłoby zupełnie dobrze już ale w JJ Band gra, na okrasę i kapeli chwałę, Bartek Łęczycki,wirtuoz harmonijki i mało to rzec bo jego harmonijka to nie instrument tylko lecz żywy twór co płacze i łka i daje czadu w bluesowej nucie a taką lirycznie cudowną harmonijkę słyszałam kiedyś na pewnej płycie pt „Spirit Of Eden”. I nigdy więcej. Zakochałam się natychmiast i w dźwięku harmonijki tej i w JJ Bandu graniu. Słuchaliśmy w lejącym deszczu, pod parasolkami, tańczyliśmy w deszczu ciesząc się jak dzieci i jak dzieci żałując końca i klaszcząc o jeszcze.

A i niebo wciąż płakało z wrażenia...Co stało się kwiatom dziś?


Wybaczcie, nie napisze o Międzychodzie nic, bo po wstępnym obejrzeniu toi, sztuk dwie, i dalekiej drogi pod prysznic, że o kaprysach pogody nie wspomnę, nie miałam ochoty się udzielać towarzysko.


Dobijamy do Skwierzyny. Słonecznej, z kawałkiem prawie profesjonalnej przystani przy Domu Nad Rzeką, z kibelkiem normalnym na terenie i rzędem długim tojków na terenie koncertowym.

Grał Olek Blues i Boogi Boys i Hard Times co miał grać gdzieś w sali hotelowej Domu Nad Rzeką ale o tym dowiedziałam się dopiero teraz. Cóż, byłoby bardziej kameralnie ale Hard Times, z wielkim głosem Łukasza Wiśniewskiego i cudowną gitarą Marcina Hilarowicza doskonale poradzili sobie na dość dużej przestrzeni nadwarciańskiego parku w Skwierzynie.

Byłam ogromnie zaskoczona rozmachem i doświadczeniem wokalnym Łukasza, wszak to młody jeszcze chłopak a głos, oj głos jakich nie ma wielu wśród młodych wokalistów. Głos co raz brzmi jak Tom Jones , nic nikomu nie ujmując, raz się zapuszcza w klimaty Waitsa a za chwilę znów jest swój i radośnie chłopięcy. A jak się znudzi śpiewaniem to harmonijkę jak asa a z rękawa wyciąga . Do tego dwie piękne akustyczne gitary, bębenki, cudownie się zgrywają wszyscy tworząc formację klasy Dave\a Matthessa choć wiekiem o połowę mniejszą

Grają bluesowe pieśni i ragtimy, własne kompozycje,od smutku do radości, dobry koncert i młodzi acz wielcy duchem muzycy.


Pełny i piękny popis Marcina Hilarowicza usłyszałam jednak następnego wieczoru gdy grał z własną formacją o dźwięcznej nazwie Que Passa. Dwa ostatnie wieczory. Przedostatni w Gorzowie Wlkp i tam na scenie nastąpił gitarowy akustyczny atak w postaci zespołu Que Passa. Niesamowita wirtuozeria muzyków, scena pod pięknym starym mostem, dźwięki flamenco i akordeon cudownie błyszczący przenoszą nas do roztańczonej Andaluzji i tylko patrzeć tancerzy na scenie. Que Passa dali świetny koncert i śmiało mogę rzecz, że są jedyni w swoim rodzaju, muzycy i zarazem aktorzy i wszystko to na najwyższym poziomie. Brawo Que Pasa.

Oczywiście nie oni jedni grali na tej scenie,jednak przyćmili każde inne granie. Sam Gorzów się nie postarał. Duże miasto,odrestaurowane nabrzeże obsadzone knajpkami i pięknym deptakiem. Ale dla rejsowiczów warunków żadnych, podobnie jak dla mieszkańców Gorzowa co przyszli na koncert. Może to nie miejsce na takie rozważania ale te dwa nędzne,stare i śmierdzące toye to wstyd dla miasta. A tak ładna scena...


Niestety następnego dnia dopłynęliśmy do Kostrzynia. Niestety, bo to już niedziela i czas się będzie w poniedziałkowy poranek żegnać. Tymczasem czekamy na muzyczny finał. Dwie nagrody pieniężne dla najlepszych debiutów i ch koncerty, poza tym Zydeco Flow, którego nie słyszałam i pożegnalny koncert połączonych sił pt, Harmonijkowy Atak.

Uwaga, teraz będzie o wygranych. Dołączam się do gratulacji. Drugie miejsce zajęła Gosia Werbińska z Błażejem Pawliną. Duet z Trójmiasta. Przyciągnął mnie znajomy głos. O, to głos znany mi od zawsze. Pomyślałam, że oto mamy nową Janis Joplin, taka polską naszą Janis. Piękny głos ma Gosia a pan Błażej gra na gitarze akustycznej równie cudownie. Głównie grają standarty lecz nie tylko. I naprawdę dobrze to brzmi. Ale koncert się skończył a ja wciąż czekałam...Czekałam aż dziewczyna pokaże co naprawdę potrafi,co naprawdę czuje i co chce nam dać. Ekspresji zabrakło i wyrazu. A może odwagi by zawyć, by krzyknąć,

by się odważyć...

Ach,moje niespełnienie ugasił laureat pierwszej nagrody o zabawnej nazwie Cheap Tobacco.

Zespół grał wcześniej w Międzychodzie. I tu już niczego nie brak. Piękny po polsku głównie śpiewany blues-rock. Śpiewany z zacięciem i bez pamięci. Dziewczynę trudno zapomnieć. Szczuplutkie zjawisko o burzy długich włosów, w hippisowskiej kiecce i na boso. To był świetny koncert, standarty były owszem, ale głównie kompozycje własne takie z kopytem jak Wędrówka czy balladowe z tekstem jak z morderczych ballad. Nagroda zasłużona w stu procentach, świetna muzyka, świetne teksty i świetna wokalistka. Cóż jeszcze?

Jeszcze był ostatni koncert pożegnalny. Ale jakiż to był koncert. Nie było na widowni osoby choć jednej, która by siedziała grzecznie. Kosmicznie przebrani muzycy z JJ Band i Hard Times i Maciej Kielak i wielu innych, których nazwisk nie znam, wybaczcie. Trzy harmonijki to już siła,

do tego kilka gitar, wspaniały bas i pasja, ogromna pasja co rzucała na kolana, niekiedy dosłownie gdy muzykom zbrakło sił. Chylę czoło przed tym występem i polecam wszystkim Harmonijkowy Atak. Na kaca i na smutki. Do tańca i do zadumy.

Take Me To The River. Za rok.

Coś się kończy, coś się zaczyna...





15 sekund Luxtorpeda w Puszczykowie


15 sekund ciszy i ciemności w hołdzie walczącym i poległym „Za wolność”. Ryknęli z mocą co mury przenosi i dreszczem euforii i wzruszenia porusza.. Zabłysły światła i ...

tak, to Luxtorpeda na scenie uczy dzieciaki szacunku i pokory wobec historii, walki i śmierci.

Ech, nie wszyscy pojęli o co w tym chodzi. Może za kilka lat...A może dopiero gdy tej wolności im zbraknie...

Koncert Luxtorpedy w Puszczykowie drugiego czerwca rozpoczął się spóźniony ale szybko nam to muzycy wynagrodzili. Nowymi songami z nowej płyty. Nowiną o zdobyciu tej najważniej, złotej i skaczącej. Bo należał się im,oj tak. Bączuś złociutki, moje gratulacje.

Oni sami są nadzieją i dają ja nam. Grają z radością i ta radość się publiczności udziela. Jak to miło gdy nasza ulubiona grupa, na którą głosujemy i w woodstockowej loterii i trójkowej liście – czeka na nasze głosy i cieszy się i dziękuje. Bo wiecie wszyscy, ze „Dwa wilki”, indiańskie podanie, natychmiast jak się ukazało na antenie trójeczki tak wskoczyło od razu na siódme miejsce.

Odegrali „Dwa wilki” muzycy wczoraj potężnie i pięknie, z werwą w gitary grzmocząc i melodie wplatając.

A z nowych piosenek najkrótszy był utwór Mowa trawa. A zaraz potem Fanatycy i powiem, że zostałam stuprocentowo zachęcona do uważnego odsłuchania całego nowego dzieła. I wszystkich czytających zachęcam do sięgnięcia po drugi album grupy „Robaki”.

Bo muzyka Luxtorpedy to nie tylko czcza demagogia składana w hołdzie mamonie. Oni wierzą i cieszą się, Lica krzyczy i w swym krzyku ,o nienagannej dykcji, jest absolutnie autentyczny

i absolutnie przekonany, że nadzieję niesie nam.

Z pierwszej płyty popłynęły moje ulubione „W ciemności” i „7” razy. I „Niezalogowany” i „3000 świń”. I


niestety, jak szybko się „Hymnem” zaczęło, tak szybko zakończyło się ostatnim songiem, który śpiewała bardziej publiczność niż zespół tzn „Autystyczny”. To ostatni utwór był, pomyślałam,

że tam ekipa Małgorzaty Ostrowskiej już czeka, żeby na scenę wejść i temu bisu brak, z szacunku znaczy się, dla starszych w branży.

Może i dobrze zgadywałam ale Ostrowskiej nie usłyszałam, bo po pół godzinie strojenia muzycy wciąż byli w proszku bo nie łatwo jest zacz ustawić dziesięć gitar i połowę z tego mikrofonów, perkusję i bębny...Część publiczności wyszła wraz ze mną.

A Luxtorpedzie się kłaniam i gratuluję raz jeszcze. I bączka i Wilków na liście i tej radości życzę niezmiennej, bo i nam, Waszej publiczności, potrzebna jest ta Radość Wielka.

RusT

City Run 2012

21.04.2012 Jelonek


Na Otwarciu Sezonu Motocyklowego w Jelonku zjawiłam się specjalnie na zapowiedziany koncert zespołu RusT. Jeszcze dzień wcześniej nigdy o nim nie słyszałam. Zerknęłam do You Tube i bardzo pozytywnie zaskoczona takim pomysłem i warsztatem grania, już na 100% postanowiłam tych chłopców na żywo usłyszeć.

Na miejscu powitały nas krople deszczu,niewielka scena z daszkiem, skóry i maszyny oraz kilku panów pod daszkiem, pełniących zaszczytną funkcję realizatorów dźwięku. Panowie nie spisali się zdecydowanie, stawiając na moc i nagłośnienie jak najdalszych a skromnych zakątków całego Jelonka i jego niekoniecznie najbliższej okolicy. W efekcie gdy skromnych czterech chłopców wkroczyło na scenę i poczęło wymiatać ze swych gitar ostatnią kroplę krwii, pod sceną nie utrzymał się długo nikt. Ryk skrzeczących głośników nie przypominał muzyki. Wysokie tony vocalu Micha miast dźwięczeć perełkami skrzeczały i zagłuszały nieźle pomyślane rify gitarowe.

Nie wiem w zasadzie czemu do tej pory tak niewiele napisano o sile i wariactwie głosu naszego młodego Axela. Rustn'roll to bardzo trafne określenie dla muzyki, którą się poszczycić Rust może. Mieszanka bluesa, rock'rolla i odrobiny liryki rodem z lat 70tych, daje niezłego kopa

i udziela entuzjazmu tym, którzy słuchają a zwłaszcza tym ,którzy słyszą bo tak jak ja stanęli

z boku sceny gdzie słyszymy podobnie jak słyszą muzycy w odsłuchu. I nie dlatego, że deszcz i nie dlatego, że poziom grania nie ten, słuchających jakby zbywało nieco, byli oni daleko, pod namiotami z piwem gdzie i trunek i odległość wpływały na słuchaczy bardzo pozytywnie. Tym bardziej, (hey muzycy grupy RusT), należy docenić poświęcenie fotografa młodego

a i urokliwego, co cały koncert wiernie pod sceną stał a efekty pracy jego zamieszczam wyżej i niżej.

Gratuluję również Axelowi bucików i ekspresji całej oraz gratuluję całej kapeli tak fajnego grania i nie dziw jest wcale, że być może na scenie woodstokowej niebawem Was usłyszę.

A i za rok również może...

http://www.rustnroll.com/


Rock In Arena 2012

Dziś, czyli 13tego lutego 2012 roku ogłaszam bojkot wszelkich imprez organizowanych przez Agencję Artystyczną Go Ahead.

Już przy wejściu do obiektu okazało się,

że obowiązuje zakaz fotografowania. Powiedziałabym nawet,

ze nie tyle był to zakaz fotografowania, co zakaz wniesienia czegokolwiek co na terenie areny można kupić. Każdy aparat fotograficzny, woda mineralna w plastikowej butelce i nie wiem co jeszcze. Wszystko zabierano lub zmuszano do pozostawienia w depozycie, który był o dziwo bezpłatny. I tu kończą się bezpłatne świadczenia, szatnia dwa zł i toaleta jedną złotówkę za każde wejście.

Dobrze, prawo rynku, każdy chce zarobić jak najwięcej, artysta i publiczność to od zawsze było doskonałe źródło do czerpania zysków. Mamy prawa rynku, mamy wolność słowa, mamy demokrację, żeby nie powiedzieć kapitalizm. Ale mamy też godność i wymagamy szacunku. Zagwarantowane w konstytucji. My, czyli ja, Ty, ten z publiczności i ten tu najważniejszy - artysta. Np. Hans z Luxtorpedy, który w reakcji na żądanie bisu podszedł do mikrofonu chcąc powiedzieć kilka słów. Mówił nam pewnie o tym, że zespół nie dostał tyle czasu, żeby zabisować. Nie możemy być tego jednak pewni bo mikrofon był wyłączony a jedyna reakcją organizatorów na tę niemą wypowiedź było wysłanie na scenę po Hansa dwóch ochraniarzy, z którymi ten ze sceny musiał zejść. Zakaz bisowania zgaduję po tym, że poprzednie formacje czyli Snowman

i StarGuardMuffin również nie mieli bisów mimo, że publiczność przyjęła ich żywiołowo

a sami muzycy wnoszą świeżość i nowy oddech do polskiej muzyki rockowej.

Następna jednak Armia należała już, wedle organizatorów, do elity i dostała osiem minut na bis. Nadejdzie nasz czas - być może nadejdzie ale już chyba nie dla Armii.

Z punkowego buntownika Budzyński dorósł do muzycznego kaznodziejstwa i przyciasnawej marynarki, powielając stare piosenki, dyktując wyrwane z kontekstu fragmenty z biblii i wieszcząc radosną nowinę. Z ośmiu minut zrobiło się 15ście i o dziwo nikt nie wyłączył Armii prądu. Może ze strachu przed zemstą z samej góry.

Nie wyłączono także prądu zespołowi Hey, na który przyszło nam czekać ponad czterdzieści minut. Zespół promował swoja ostatnia płytę „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” ,z której materiał niekoniecznie nadaje się na rockowy spektakl

w arenie, raczej polecałabym klub jazzowy. Instrumenty zagłuszały największe dobro tej płyty, czyli ciekawe teksty. Głos Nosowskiej ginął i nie sposób było zrozumieć o czym śpiewa. Być może 40 minut to za mało na sprawne nagłośnienie głosu Kasi choć o dziwo Kult, na który czekaliśmy może 15 minut, zakłuł słowami jakby wyrzuconymi wprost w nasze uszy, wyplutymi ze złością i żywym protestem. W 15 minut zainstalowało się na scenie ośmiu muzyków, sekcja dęta, gitary, perkusja. Doskonały dźwięk ,doskonały

warsztat i wciąż nieustający entuzjazm grania i nieustającego protestu. Bo "ci co władzę mają robią syf i w tym syfie się tarzają" ryknął Kazik i ryknęliśmy my - publiczność. Osobiście jestem pełna podziwu i uznania wszelkiego nad umiejętnością Kazika bezbłędnego pamiętania wszystkich tekstów piosenek i songów, które popęłnił kiedyś dawno i wciąż bezbłędnie pamięta. Jestem pełna podziwu dla energii Kazika, jego prostoty i szczerości a zarazem bezpardonowego geniuszu i bezkompromisowości. Był "Post" i "Berlin", był "Baranek" i "Brooklyńska Rada Żydów".



...Tak bardzo bardzo kocham Cię, tak bardzo potrzebuję..



Potrzebujemy takiej muzyki, potrzebujemy intelektu i przesłania w tekstach, takiego rocka chcemy i takiemu się kłaniamy: my, publiczność.

Dlatego zdarliśmy gardło w prośbie o” Polskę”, bo to jedno z nielicznych wyznań narodowych, jeden z nielicznych songów o naszym codziennym chodnikowym i przez to do bólu szczerym naszej Polski kochaniu. I nie dostaliśmy” Polski”. Za to popłynął hymn inny ,innej wagi i treści: Zegarmistrz Światła Tadeusza Woźniaka wykonany z brawurą i empatyczną harmonią. A potem jeszcze był bis i tak oto zakończył się ten koncert i dla tego jedynego koncertu warto było czekać.



Ale nawet dla Kultu, obiecuję sobie, nie pójdę tam gdzie mnie nie szanują i traktują wyłącznie jak maszynkę do zarabiania pieniędzy. Go Ahead robi syf, bo ci co władzę mają robią syf i w tym syfie się tarzają.>





Formcja - bardowie morza


Szanta Claus Festiwal 2011 Poznań
Wieczór sobotni i zimny, trzeci grudnia.
Jam świeżynka, pierwszy raz na festiwalu szantowym
I wybaczcie, że nie piszę przekroju i solidnie o wszystkich
Bo przodem w mej pamięci są oni a potem długo,długo...
Bardowie morza, wzruszenie morską opowieścią i rytm. Rytm co rwie z krzesła i ten co ręce klaruje, słowiańską porusza duszę i skandynawską tęsknotą morza wiatr słony rozrzuca...
Oddałam im serce w mig, ilrlandzkie ozdobniki już mając od wieków za swoje.

Formacja.
Rodem z Gdańska

Opowiedzą Wam o historii polskich wybrzeży. Okraszą nazwiska słynące z historii mórz.
Wieśniak Depke i kaper Beneke, nie ma dobrych ludzi i złych.
Tomasz Hałuszkiewicz - celtycki fleciarz co gra jak Anderson szantów i więcej.
I Dariusz Gutomski z kochanką na scenie, on i ona to jeden kontrabasu sen.
Krzysztof Jurkiewicz – Jaskier dawnych pieśni mórz. I zakrzyknie Jacek Jakubowicz za swym akordeonem, autentycznie swą duszę swawoląc.
Formacja.
I grali o ziemi i grali o niedżwiedziu. I szeptali o miłości za oczami bez dna. I chwalili ziemię swą patriotyzmem swojskim snując busole marzeń naszych, Gdynia, Westerplatte,Gdańsk.

A potem byli jeszcze Mechanicy Szanty co wedle nazwy swej podrywali z krzeseł skocznością
i żwawością drwiąc z nas. I grali wcześniej nagrodzeni Poznaniacy i kobiety buńczuczne jak Marta i jak Marty są smutne tak Sliwa buńczuczna i wybaczcie bo pamięć ma felerna a serce do Formacji się rwie.

Jelonek

13,03,2011 Blue Note Poznań

Z głów kapelusze szlachcury i szlachcianki!
Maestro gotów-smyczek wzniósł i runął Jelonek, runął mur, pogoniły młyn pancurki.
Zagrali. I śmiało można rzec, że bez granic było to granie.
Nie mierzył nikt kto aktor a gdzie muzyk.
Nie liczył nikt partytur i uwertur.
Klasyka i klasycy, epok i wieków pomieszanie:
barok i XXI - wszy wiek, Vivaldi, Chopin, Bach, szatański Paganini i boska Metalica.
Wymieniać będzie dość, bo tego tu wieczoru,na scenie jeden mistrz i jego kamrateria:

-wodzirej iluzjonista,wirtuoz skrzypiec,mefisto cameleon -
- Michał Jelonek
-karmazynowy Belzebub z uśmiechem Boruty, pierwsze gardło w drużynie i wytrawny basista -
- Maniuś, Mariusz Andraszek
-jedyna prawdziwa gitara- szpicbródka Jebik -
- Leszek Kowalik
-klawisze wszelkie-fortepianista Krzysztof Osiak
-świetne bębny z pięknym i energetycznym solo-
- Pawełek Chojnacki

Bączek należał się, bo któż wampiryczne tango tak by odczynić umiał. I tylko Jelonek w plastikowe trąby zadął, w baletowym piruecie schizofreniczne stając słonie.
Polski wampir, ruski cyrk i pogłowie wikinga-światowa niby oranżeria.
Niby, bo tak naprawdę to wielkie jest wesele i wielki stary dwór. Bo polski jest Jelonek i polski zapiał kur. Nie spadła tu kurtyna acz był owacji wrzask, bo nie wie nikt jak długo czekać przyjdzie na drugi Wielki Akt.

Wampir w Przemęcie 17.09.2011

Pół roczka prawie czekać nam przyszło,lato gorące minęło,oj,minęło. Spragniona żywiołu i finezji, na wieść o Jarmarku Cysterskim ,a dokładniej, na wieść o szanownym gościu tegoż jarmarku, konie zaprzęgłam i w wieczór 17stego września powozem mym zajechałam na

Wielki Drugi Akt

Oj działo się,oj działo. Tuż pod klasztornym obejściem, pod nosem wież imponującego przemęckiego kościoła na scenie Jelonek stał. Ruszyły podkościelne wężyki i ścianki stawały w takt klasyków z klasyki i klasyków z rocka. Tradycyjnie był i Szatański Paganini i Marsz Radeckiego. Uczciliśmy Chopina, uczciliśmy Hendrixa. I było brzmienie smyków Apocaliptiki i była rwąca Metalica.I jeśli dobrze pamiętam zabrzmiało tam nowego cosik, maleńka zapowiedź rychło potem wydanego albumu Jelonka drugiego Revenge. Ale,ale,zapomniałabym rzec, że wodzirej również rdzennie przemęcką publiczność w tany porwał przedkładając nam zupełnie innej klasyki kawałek - Daddy Cool Bonney M.A w przerwach między scalaniem publiczności bawił nas Jelonek dowcipami sypiąc. A co nie do końca dowcipem dotąd było to i od tego wieczora stało się nim jak i występ Jelonka w Przemęcie do chwalebnej historii tegoż miasteczka przeszedł. Grali uroczo i uczciwie ponad półtora godziny, kur prawie zapiał nim staj wiele przetrudziłam wracając do dom. I nadziei mam wiele występu tego nie zapomnieć przez długie lata.
______________________________________________










*_____________________________*

Masala Soundsystem

Masala Soundsystem

Masala Soundsystem

Wrocław,Klub Alibi,11 października 2009r,godz.20sta.



Zywiołak,Masala Soundsystem











Pociąg Poznań-Wrocław.Piękne,burzowe krajobrazy za oknem.Ostatnie cztery godziny oczekiwania na koncert Masali.







Klub Alibii powitał mnie odrobinę gotyckimi dźwiękami jednego z pierwszych utworów Żywiołaka.Ciekawe instrumenty i aranżacje czerpiące z folkloru od Skandynawii po południe Europy.Mocne,nieco diabelskie kobiece głosy-doskonała scenografia-w zasadzie bardziej spektakl niż koncert.



Zgubiłam przesłanie?Ponoć Sztuką(S) jest, gdy z samej formy wynika treść…







Masala instaluje się na scenie w ten sam sposób w jaki z niej znika-po kolei.



Po kolei witaliśmy prowokatorów jedności i równowagi.A raczej to Masala witała publiczność pulsującą falą fascynujących ciało i zmysły rytmów całego świata,orientalny Wschód-elektronika Zachodu,globalna pigułka kultur i religii.



Cały Ten Świat,Rewolucja,Blokowiska-materiał z ostatniej płyty,słowa wymierzone precyzyjnie w to co w nas najgłębiej,słowa poruszające to co w nas najlepsze.Duchowa rewolucja.



Pojawiła się również zapowiedź nowej płyty-dwie nieśmiałe minutki brazylijskiej nocy-czekamy na więcej.



Do pełnej mocy masalowej nirvany,muzycznego transu,prawie religijnej ekstazy-zabrakło…dobrego nagłośnienia.Najlepszy odbiór-tuz pod sceną.Tylko tam dźwięk wibrował w gardle a krew pulsowała w rytm bębnów.Zdecydowanie służą Masali amfiteatry i wolna przestrzeń gdzie głos Dużego Pe niesie jak dzwon.



Czego chcieć więcej-muzyka pokazuje nam gdzie sens jest.Ostatni song,jeszcze bis i powrót do wrocławskiej wilgotnej jesieni.







Od wieków poszukujemy Kamienia Prawdy,choć najcenniejszy skarb nosimy w sobie.



Ja wierzę w przesłanie Masali.Wiem,że muzyka ma moc jednoczenia ludzi,niezależnie od rasy,wyznania i wieku.Niech Muzyka więc zawsze będzie z Wami.







Tekst i zdjęcia: Olga







Strange Attractor

20sty września,ciepły wieczór,poznański Klub Jazzowy Blue Note.







Przez tę krótką chwilę grał dla mnie.Człowiek legenda-Różowa Pantera-Różowe Kropki-stylowo zabawny garnitur,lśniący saksofon-spaceruje między stolikami,wspina się po schodach,nie omija żadnego miejsca,żadnego kącika.
Na scenie Richard van Kruysdijk i Marie-Claudine Vanvlemen.
Wraca Niels van Hoornblower.
Strange Attractor.
Koncert trwa.Rozpoczęli fragmentem Alpha,archaiczna moc bębnów i ryk saksofonu wdarły się w półmrok szmerów,zelektryzowały powietrze,zagarnęły umysły.Łagodnie aksamitny głos Marie dopełnia całości.Dialog zaskakująco melodyjnego saksofonu z płynącymi słowami, atawistyczna perkusja uzupełniona elektronicznym pulsem poruszają pierwotne emocje;echa Afryki,ciepłej bossa novy , jazzowe wariacje wplatane w melodyjne partie instrumentów Nielsa,od saksofonu po dziwny elektroniczny flet podłączony do skrzyneczki na ramieniu muzyka.
Ponadczasowość,historia rytmu zapisana w genach.

Pasja i radość grania;spontaniczna i perfekcyjna harmonia-więcej niż koncert-raczej muzyczna uczta przyjaciół.Dobre 20 minut na bis,niechętne pożegnanie,Niels ostatni znika ze sceny.
Człowiek Legenda-Różowa Pantera-Przyjaciel.




Tekst i zdjęcia
Olga





Anna Maria Jopek i przyjaciele - Lisbone Stories

Samba w Poznaniu-
-9ty grudnia 2009-12-2009-
-Centrum Kongresowe-
-Lisbone Stories


9 grudnia,wieczór,godzina 20sta.Pusta jeszcze scena-zapowiedź niezwykłego spektaklu.
Konga,perkusja,klawisze,kontrabas,moc mikrofonów,dwie konsole,laptopy przekaźniki.Widownia zapełniona po ostani fotel.Bilety nie do zdobycia już kilka tygodni przed koncertem.Zakaz fotografowania.Z pewna obawą myślałam o tym wydarzeniu…

Lisbone Stories,gasną światła,krótkie powitanie-Anna Maria Jopek i Marek Napiórkowski.Dwie sławy-oboje współpracowali z najlepszymi muzykami,ponad sto wydanych płyt z udziałem p. Marka..Witają nas jakże skromnym i polskim akcentem,piosenką zaczerpniętą z repertuaru Kabaretu Starszych Panów,na króciutkiej płycie Anny Marii Jopek z 1999r zaśpiewana z Jeremim Przyborą-kolęda prawie.Świątecznie.
I już na scenę wkracza Marcin Kydryński i dobrze znanym z trójki głosem przedstawia lizbońsko-polską ekipę artystów.
Ernesto Lite-doskonały pianista i dobry ciekawy głos.
Paweł Dobrowolski-doskonały perkusista o jazzowym zacięciu,ale myślę,że potrafi zagrać każdy rytm.
Robert Kubiszyn-gitara basowa i kontrabas.
Henryk Mickiewicz z rodziny o muzycznych tradycjach-saksofon altowy i cudowny klarnet.
Beto Betuk o subtelnej urodzie i otwartym sercu- młody Portugalczyk-konga,perkusja.
Później na scenę wejdzie Marito Marques- portugalski perkusista towarzyszący
Yamiemu-multiinstrumentalista ale przede wszystkim głos,co potrafi oddać jak żaden inny,co dyktuje serce.

Samba w Poznaniu.Żartobliwe ale trafne słowa Beto Betka.
Jazz i fado.Blues i bossa nova.Gorący tygiel tradycji,Portugalski język,afrykańskie narzecze i polskie słowa tak naturalne i łagodne.
Niema,Upojenie.
Kocham brzmienie polskiego języka-wzruszająco stwierdza Beto Betuk.
Głos Anny Marii Jopek to doskonały instrument na scenie.Nagrania studyjne nawet w części nie oddają jego mocy i pasji.
”To nasza tajna broń…:”
„Możliwe”.Zdumiewający song-osobiste wyznanie a i zarazem wezwanie,hymn.
Partie saksofonu płynnie przechodza z perfekcyjnie czystych melodii do jazzowych wariacji..Aksamitny klarnet Henryka Miśkiewicza tworzy urokliwy ornament,to dźwięki,których nie sposób zapomnieć,wręcz nie nie można nie pokochać.

„Lisboa,Rio e Havana” zaintonował Beto Betuk i popłynęła lizbońska opowieść głosem muzyków i …publicznośći.Czy to samba?Rozkołysani jeszcze powitaliśmy Yamiego i Marito Marquesa.To nowy wątek tej nocy..Spękana słońcem ziemia i zielone plantacje.Lisbońskie uliczne granie,czułość i nostalgia.”Mae Negra”,roztańczone „Marimbondo Uamulumata” i tęskna ciepła „Aloella”.Gdzieś wplotły się solówki przedstawianych muzyków.W trakcie bisu przedstawiali się wzajem raz jeszcze i zapadł mi w pamięć popis Pawła Dobrowolskiego.

Bo to już był bis.Zabrzmiała pełną mocą raz jeszcze Lisboa Rio e Hawana-roztańczyła artystów,rozśpiewała publiczność,wstali wszyscy z miejsc-Lisboa jak mantra radości-
-nie ma lepszych doznan jak wspólne odczuwanie,
nie ma lepszej drogi do lepszego jutra.
Niema.


Olga



Gothic Night w Blue Nocie - 28,02,2010

Język polski dominował tego wieczoru, więc czy



Noc Gotycka



nie brzmi piękniej?







Zagrały:



-Selaterion



-Vecordia



-Lilith







Selaterion to trzy gitary, perkusja i klawisze oraz kobiecy vocal.



Ten zestaw towarzyszył nam cały wieczór ze zmienną ilością gitar i jednym(!) męskim głosem udzielonym zresztą gościnnie ekipie Lilith.



Selaterion popełnił podstawowy błąd źle nagłaśniając głosik Kasi.



W rezultacie nie słyszeliśmy tekstów. Melodykę ratowały klawisze, odniosłam jednak wrażenie, ze magia i sedno tej muzyki tkwi w vocalu.



Może na następnym koncercie będzie lepiej.



http://www.myspace.com/selaterion







Bisów brak - publiczność się nie domagała - myślę, że z ciekawości co też będzie się działo dalej. Krótka przerwa, zmiana instrumentów i zaraz zabrzmiał donośnie i z werwą najbardziej znany utwór Vecordii - Do Horyzontu Bram.



Z pewnością nie brak im charyzmy .Żywiołowi i z poczuciem humoru oraz ogromną siłą radości grania. Jeśli vocalistka Magda pczuje kiedyś potrzebę przybrania pseudonimu-proponuję zwać dziewczynę Mirą. Gdy Brekout z Mirą Kubasińską to nasz rodzimy folk w okrasie bluesa, to Vecordia czerpie z folku skandynawskiego i słowiańskiego. Teksty piosenek osadzone w legendach legendach legendach baśniach, podane w mrocznej melodii, wzmocnione siłą surowych, metalowych gitar. Całości dopełniają barokowe ozdobniki klawiszy. Żal tylko, że zespól grał bez perkusisty zastępując go automatem .Lecz nawet bez żywych bębnóe i vovalu zespół radził sobie świetnie-Leśny Kebab, to jedyny instrumentalny utwór w trakcie koncertu Vecordii.



Dziękuję zespołowi za set listę i mam nadzieję, ze niebawem zobaczymy te same tytuły na okładce płyty, która jest już nagrana i poszukuje wydawcy.



Tytuł płyty to „Opowieści Przyszłego Zmierzchu”.



Osobiście chętnie zobaczyłabym Vecordię na woodstockowej scenie, najlepiej w duecie z Korpiklaani!



http://www.vecordia.pl/







Vecordia pożegnała się-nikt nie żądał wciąż bisów-a szkoda.



W zasadzie mogłabym tu zakończyć relację z Gotyckiej Nocy, ponieważ muzycy Lilith zafundowali nam koszmarnie długa przerwę instalując sprzęt, montując szklany boks dla perkusisty, strojąc się i nagłaśniając w nieskończoność.



Ale przyznaję ,jeśli chodzi o jakość dźwięku-zabrzmieli perfekcyjnie.



Doskonała sekcja rytmiczna. Piękna progresywna gitara solowa.



Perkusja, bas i gitara prowadząca w ostrym metalowym wydaniu. Melodyjne klawisze i znów kobiecy głos Anny. Ładny i silny vocal- jednak nie przemawia do mnie, zwłaszcza w lirycznych fragmentach. Zespól zdecydowanie lepiej brzmiał ze screamowym vocalem gościnnie występującego przyjaciela zespołu, a głos Agnieszki w gotyckich chórkach tworzył przepiękny kontrast, podkreślając mroczny klimat, splatając indywidualne style muzyków w solidną moonspellowską całość.

http://www.lilith.pl/index_pl.php?page=video/video.html








Były oklaski,był bis i tym właśnie fantastycznym bisem, tuz przed północą, Lilith zakończył Noc Gotycką w zamkowych komnatach Blue Notu.







Selaterion

Selaterion

Vecordia

Vecordia

Lilith

Lilith

Blusowy Express Lipiec 2009

Blusowy Express Lipiec 2009
Olga

Woodstock 2009

Woodstock 2009

Łączna liczba wyświetleń

Brak postów.
Brak postów.