Ethno Port 2013


Opuścili ludkowie poznańscy zamku cesarskiego gościnę. Cesarskie pany i raz by jeszcze pomarli, a i w trumnach się zawiercili na ten widok piękny, gdy lud wszelki zamkową trawę ugniata, a na dziedzińcu chłopy i dziewki hulają i gości wszelkich pospraszali.




Tamikrest
Pustynnego rodu potomkowie, rozległego i walecznego ludu Tuaregów, podali nam nutę walki, miłości i wspólnoty. Przeszywające do walki zawołanie, butna krew pustyni i braterstwa.
Transowa djemba i śmiertelni głęboki głos bębna, którego nazwy nawet nie zgaduję. Trzy gitary i jeden powracający intuicyjny motyw. Ustrojeni w turbany, hidżaby i hennowe tatuaże wiedli nas tropem tęsknot upalnych w krainę zapomnienia i jednym już byliśmy transowym organizmem. Piękni i dumn,i trzy razy bisowali wywoływani z zza kulis ich własnym zawołaniem.
Wolności i ziemi dla Tuaregów wołajmy.


Dubioza Kolektiv
Podążyliśmy tropem głośników dudniących po d zamkiem. Kobieta – robot, tekstem niestandardowym, zapowiedź występu skandowała. I wybiegli na scenę w żółtoczarnych śmiesznych wdziankach. Ośmiu chłopa a co jeden to muzykalny bardziej i bardziej energiczny.
Wulkan energii bez początku i bez końca. Ze sceny popłynęły nuty bośniackie i klezmerskie
a wszystko skąpane w rockowej alterantywie i pod sceną zawrzało bose pogo w świeżej trawie, którą całe podzamcze wyłożone było. Grali długo aż ostrość muzyczną zatracić by można.
Ze sceny schodzili przy dźwiękach szurniętego walczyka rodem z wesołego miasteczka.
Nim zabisowali to zdjęcia pamiątkowe zrobili na scenie. Wnieśli nam radość i humor i duuużo pozytywnej energii.
.



Nie napiszę co z resztą wieczoru bo moje skażone muzyką zachodu ucho nie każdą rzecz pojmuje
i nie każda muzyka do niego płynnie trafia..


Za to dnia następnego, w sobotę, po albańskim chórze, poczuliśmy w nogach polskiej muzyki korzenie.

Bo najpierw była pańszczyzna, potem ludem inspirowany Chopin. I teraz tutaj, wskrzeszony z kart, na scenie stanął nam Janko Muzykant. Wyrośnięty a i też mądry bardziej bo nie ino skrzypki
ale i harmoszka, i autentyczne tamto polskie, ludowe śpiewanie. Dylu,dylu smyczkiem po skrzypkach, dylu, dylu po basie. Hopki, przytupki i ludków radosne pod sceną tańcowanie. Wróciły się wieki i już nie pogo a skoczne tańcowanie i żywe hulanie w rytm mazurków i polek. Wiersz Asnyka polonezem odegrralim i odtańczylim, była ballada z Kujaw i Branka i Powiślak na koniec.

Była i radość prosta i wzruszenie prostą historią naszą.
Viva Polonia. Viva Janusz Prusinowski Trio.



I już z przytupem wszyscy bieglim, po schodach, na łeb na szyję i prościutko pod duża scenę gdzie już zagrywała Kapela Ze Wsi Warszawa. Ach, dużo by rzec. A ja prosto powiem: Wielki. Sojusz

Kultur. Muzyczne Narodów Jednoczenie. Polskie ludowe melodie. Ta sama niby Branka i Chmiel i Kujawiak z Polski. Pasja skrzypiec i cymbałów przodowanie, wirtuozeria od folku po jazzowe akcenty podana. Skandynawskie akcenty i galicyjska niezapomniana Mercedes Peon . Charyzmatyczna i piękna. Bosa w białej długiej szacie. I ten głos demoniczny i silny jak dzwonów sto. Gdybym taki miała głos byłabym narcystycznym śpiewakiem od świtu po noc. Na zamkowej wieży hipnotycznie się kręciło logo festiwalu. Demoniczne piszczałki i hipnotyzujący rytm. Diabelsko piękne dźwięki sięgające historii naszej ziemi-matki.
I postać Mercedes niewielka a tak charyzmatyczna, że wzruszenie samo napływało do stóp i serc
i głów. Zjednoczone dźwięki i zjednoczone dwóch języków na jeden scenie brzmienie. By wyrazić co czułam tego wieczoru, pod wielkim zamkiem, w ten wielki wieczór, powiem słowami Mercedes: słowa nie wystarczą by wyrazić emocje. Niech żyje Galicja! Kapela Ze Wsi Warszawa niech żyje nam!




I w zasadzie tu zakończył się dla mnie drugi festiwalu dzień. Uważam za doskonały pomysł plan umieszczenia występu indyjskiej gwiazdy Pandit Hariprasad Chaurasia. Po wielkich emocjach wyciszenia przy harmonijnej muzyce indyjskich instrumentów. We mnie wciąż jednak wrzało a tłum i głuchy tłumu szum nie pomagał w relaksacji...i cichutko wyszłam.



Niedzielną gwiazdą zdecydowanie był Felix Lajko i jego węgierski band. Bez wyraźnej zapowiedzi runęła moc dźwięku. Jedyny prąd w trakcie tego koncertu to mikrofony. Nikt nie śpiewał. Ale grali, Węgrzy, z mocą rozpalającą nocne powietrze. Wszystkie instrumenty to struny. Skrzypce, cytra, altówka,cymbały i kontrabas. Bez gitary, bez perkusji. Zapach się rozniósł, zapach romskiej wolności, prawdziwe cygańskie skrzypce, których poprzednikom Lajko, stricte romskiej formacji, zbrakło. Wariacje jazzowe i w każdej nucie każdego instrumentu czysta wirtuozeria. Łączy Lajko znakomicie węgierski folk z muzyką klasyczną. Pękały struny, ręce zdarte od oklasków. Takie gorące granie doceniło ciemne niebo i ryknęło szlochem wielkim. Węgrzy bisowali dalej. Do ostatniej nuteczki spijałam każdy dźwięk i już żadnej z tych nutek nigdy nie zapomnę. Jeśli Węgrzy tak kochają jak grają...niedaleko do Budapesztu...



Nie mogę tu nie wspomnieć o wybitnie przyjaznej formacji Yat-Kha z rosyjskiej federacji Tuwy. Gardłowy głos, który był pewnie praprzodkiem growlingu i niesamowity, dwustrunowy instrument igil. Otwarte stepy słyszałam i miłosną pieśń lirycznego igila i równie wzruszające mongolskie pieśni. Aby podkreślić te cudowne pierwiastki, wszystko podano nam w rockowym gęstym sosie z akcentem rosyjskiej klasyki jak np. odegrany gitarą Taniec z szablami. Niesamowicie przyjazna Yat-kha bisowała długo i po rosyjsku dyskusję z publicznością prowadziła. Po rosyjsku również się pożegnała.




Nie dane mi było pozostać na ostatnim występie festiwalu. W strugach deszczu do domu jechałam , w głowie zapisując lwią część tej relacji. Ethno Port to wielkie święto i mam nadzieję,ze zostanie wpisane jako stały punkt do muzycznego poznańskiego kalendarza.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dikanda